Likwidujemy „wiślany analfabetyzm”

578

Z Robertem Jankowskim, prezesem Fundacji Rok Rzeki Wisły 2017
rozmawia Agnieszka Skórska-Jarmusz



Pamiętam taki tytuł w prasie: „Wisła tnie, Dunaj nie”. Było o tym, że Warszawa to jedyna stolica, która odwraca się do rzeki plecami i tym czymś poniżej, a lewo- i prawobrzeżna dzielnica skandalicznie ignorują się nawzajem. Tymczasem minęło parę lat, Rok Wisły dopłynął do półmetka, warszawiacy (przynajmniej niektórzy) zwariowali na punkcie rzeki, a Sejm – po raz pierwszy w historii – patronem roku uczynił pojęcie geograficzne. Powiesz, jak to się stało?

Zaczęło się od iskry w sercach zapaleńców, którzy pokochali Wisłę. Tlił się w nas bunt przeciwko marazmowi, jaki zastaliśmy nad Wisłą, zwłaszcza że przyjaciele z zagranicy co i rusz atakowali nas, mówiąc: taką macie piękną rzekę, dlaczego nic z nią nie robicie? Z drugiej strony pojawiali się turyści, którzy nie znając kulis naszych historycznych zaniedbań pytali, ile zapłaciliśmy za to, by rzekę przywrócić do tak naturalnego stanu. „Polska to musi być strasznie bogaty i ekologicznie świadomy kraj”, mówili. Było to tyleż zabawne, co smutne. Zdawaliśmy sobie sprawę, jak niesamowity potencjał przecieka nam między palcami… Cztery lata temu Jarek Kałuża, który co roku prowadzi Królewski Flis na Wiśle z Krakowa do Gdańska, zauważył, że w 2017 będzie okrągła, 550 rocznica pierwszego wolnego flisu.

„Postanowiliśmy, aby żegluga na rzekach Królestwa naszego w górę i w dół z wszelkiego rodzaju towarami była wolna dla wszystkich ludzi jakiegokolwiek stanu, zakazując wszelkie przeszkody i cła” – to Jan Olbracht w 1496…

Pełna wersja tego i pozostałych artykułów dostępna jest w papierowym wydaniu Kuriera Warszawskiego nr 4 (57)/2017.

Wiadomości i informacje z Warszawy http://kurier-warszawski.pl