Dżentelmeni na cycku

1
Kurier Warszawski, informacje warszawa
W całej okazałości i „cycek”, i „winogrona”

wspominają: Rafał Jabłoński i Paweł Ludwicki



− Dobrze się trzymasz?
− Tak, ale rzuca na boki.
− Damy radę?
− Pewnie. Chyba że nas policja zgarnie.
− Dawniej nie zgarniała.
− Bo musieliby zamknąć połowę pasażerów. Brakowało tramwajów, i jak nie można było jechać w środku, to się wisiało na stopniach w winogronie, albo i na cycku.
− I tu wyjaśnimy młodszym czytelnikom, co zacz ów cycek.
− Zacznijmy jednak od winogrona, bo było ono łatwiejsze do praktykowania, pierwszy krok do „prawdziwej” jazdy tramwajem. Otóż drzwi w dawnych wagonach zamykane były ręcznie, ale przeważnie nikt tego nie robił. Pamiętasz?
− Oczywiście. Szczególnie zimą przy minus 15 stopniach, gdy hulał mroźny wiatr… Brrr. A kiedy był tłok, a zwykle był, to ludziska stawali na stopniach.
− I to była bardzo dobra miejscówka…
− No tak, bo następni walczyli, byleby tylko nogę gdzieś postawić i czegoś się złapać… I tak powstawało owo winogrono. Bywało, że w trzech rzędach ryzykanci wisieli. Pamiętam głupka, co to wystawał za daleko na bok i wypakował się centralnie głową w znak drogowy. Odpadł i leżał, a tramwaj pojechał dalej.
− Pod koniec lat 50. zacząłem jazdy, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, ekstremalne. Musiałem dojechać do szkoły, stałem na przystanku i nie sposób było wejść do środka. Więc w trzecim zapchanym tramwaju zawisłem na stopniach.
− Ja później, bo w końcu młodszy jestem… Ale na stare tramwaje, te przedwojenne, zdążyłem się jeszcze załapać.
− Kiedyś wypatrzyła mnie matka i powiedziała, że wieczorem dostanę w dupę. No i była gadka, a ja na to: dacie mi na taksówki, to nie będę wisiał. I to był koniec rozmowy. W dupę nie dostałem. Wcześniej zobaczyłem chłopaka z drewnianą nogą, za młodego na Powstanie. Ktoś mi powiedział, że wskakiwał do tramwaju i mu ciachnęło. To dawało do myślenia. Postanowiłem wtedy, że wisieć albo wyskakiwać mogę tylko za ostatnią osią, to mnie nie potnie.
− A w tamtych czasach modne było też wskakiwanie i wyskakiwanie w biegu. Przeważnie na zakrętach, kiedy tramwaj musiał zwolnić…
− Tak czy owak wielu ludzi miało pecha. W „Słowie Powszechnym” pracował redaktor Weiss, co to twarz miał jak Frankenstein. Podobno odpadł i trafił na słup trakcyjny. To nie był zły człowiek, ale dziwny. Chyba od uderzenia mózg mu się zresetował. Nie można było go denerwować, bo ryczał jak żubr i zabić mógł. Silny niezwykle…
− Raz zsunęła mi się ręka, jakiś chłopak złapał mnie …

Pełna wersja tego i pozostałych artykułów dostępna jest w papierowym wydaniu Kuriera Warszawskiego nr 3 (56)/2017.

Wiadomości i informacje z Warszawy http://kurier-warszawski.pl