O tramwajach i diabłach

540

Gdy czasem na mej drodze spotykam stado tramwajów, zjawiają mi się w myśli te ogromne, rozłożyste, ciężkostope i z obwisłymi brzuchami zwierzaki, co się pasą w powieściach pana Rosny starszego, który rad przebywa w tych dawnych czasach, kiedy to człowiek sypiał jeszcze na drzewach i zjadał smakowite chrabąszcze i korzonki. Stąpają że stwory powoli, a czasem przeraźliwy wydają głos. Mastodonty i mamuty. Nasze miejskie przedpotopowe okazy są już obłaskawione i mało kiedy uderzy takiemu fantazja do głowy. Wtedy „bierze na kieł” i wywraca dryndę. – (stworzenie małe, lecz też przedpotopowe) – albo wóz ze śmieciami, ścierpieć zapewne nie mogąc  takich rupieci na ulicach stolicy. Na ogół jednakże są te potwory spokojne i nazbyt poczciwe, wyjąwszy te, które „na przyczepkę” przerobiono z dawnych tramwajów konnych, w nich bowiem zachowała się resztka wierzgającego animuszu. Zdołałem też zauważyć, że wozy, zapełnione brodatym, handlującym plemieniem, zdążającym od stacji kolejki grójeckiej ku uroczym muranowskim dziedzinom, kiwają się chybotliwie we dwie strony – „wefte i wefte”. Jest to godne podziwu, że i konduktor takiego wozu szeroko i wymownie gada rękami. Potęga prawa Mimiery jest siłą fatalną. Można też zauważyć, że poniektóry mastodont tramwajowy, zbliżając się do końcowej stacji, stosuje na ostatniej prostej tzw. „nagły zryw” i w opętaniu gna do mety. Tak czyni każdy tramwaj, przy którego kierownicy pełni służbę pan motorniczy Noji, znamienity szybkobiegacz. Potem jednakże nie można – przy największym nawet wysiłku zaborczego umysłu – dotkliwszych i bystrzejszych uczynić spostrzeżeń na temat czerwonego pudła na czterech kołach, ozdobionego wizerunkiem Syreny na znak,  że jest on bezsporną własnością Warszawy i że ten farmazon, co ciemnemu kmiotkowi sprzedał tramwaj nr. 18 – żadnego nie miał do tego prawa . – „Tramwaj jak tramwaj” – rzekłby, nie bez głębokiej słuszności, człowiek, pozbawiony wyobraźni.
Dzielliłem do niedawna ten rozpowszechniony pogląd, wykreślający tramwaje z kręgu filozoficznych dociekań. Posłyszałem jednakże w tramwaju interesującą rozmowę ojca z synem. Syn, mały brzdąc, zadawał ojcu pospolitym zwyczajem małpoludów, dwadzieścia pytań na minutę, objawiając nieustraszoną chęć poznania. W pewnej chwili zagadnął nieszczęsnego rodzica: – „dlaczego ten tramwaj się porusza?” – Pytanie należał o do tych najstraszliwszych, jakie uparcie zadaje ciekawa młodzież, jak owo na przykład: – „z czego robi się słońce?” – ujrzałem jednakże wiele rozpaczy na obliczu rodzica. Trzeba by wygłosić obfity wykład na temat, jak to się dzieje, że tramwaj porusza się bez konia. Tata nie umiał wyjaśnić synaczkowi zawiłej historii i kręto łgał i niewinnej duszy opowiadał zuchwałe brednie, niewinna dusza jednakże nie dawała im wiary. Zapukałem do własnej głowy i zastanowiłem się: czy też ja bym umiał wyjaśnić chłopaczkowi, czemu się tramwaj porusza? Aj, aj … Może bym też bym nie umiał. Wiem, że to prąd elektryczny wprawia wozy w ruch, a nie tresowana w tym celu krowa, na tym jednak byłby koniec. Patrzcie, patrzcie!… A człowiekowi zdaje się, że wszystko wie. Niby mała rzecz, a wstyd… Gniew się we mnie zjeżył i najmniej spodziewane powziąłem zamysły. Postanowiłem udać się do matecznika, skąd i czerwone mastodonty wyruszają potężnym stadem na miasto i dowiedzieć się, jakich przemyślni ludzie używają na to sposobów. Czytelnik uśmiechnie się pobłażliwie, większe od tego mając zmartwienia, ja jednak nie żałuję, przedziwne bowiem widziałem rzeczy.
Stanąłem przed elektrycznym mężem, pociotkiem Neffa i kuzynem Ampera i powiadam: – „O panie, jak to się dzieje, że tramwaj jedzie?” – ów pan spojrzał na mnie z tkliwym współczuciem, lecz przezornie odgrodził się ode mnie szerokim stołem. Tak, tak… Żądza wiedzy posępne rodzi podejrzenia. Inny natomiast syn błyskawicy i brat pioruna, z obliczem tak jasnym jak prawo Ohma, rzekł mi dobrotliwie: – „Ciekawość pańska w tak podeszłym wieku jest ujmująca. Czy bardzo się pan boi?” – Zapewniłem go, że po ciemku lwa ode mnie odróżnić nie można, chyba dotknąwszy grzywy. – „Niech pan tedy pójdzie za mną! – rzekł mi ów suchy stos Bunsena, który powinien nosić na piersiach tabliczkę z trupią główką i napisem: – Nie dotykać! Wewnątrz wysokie napięcie!” – Jak…

Pełna wersja tego i pozostałych artykułów dostępna jest w papierowym wydaniu Kuriera Warszawskiego nr 3 (56)/2017.

Wiadomości i informacje z Warszawy http://kurier-warszawski.pl