Pożegnanie Corso (i nie tylko)

Informacje Warszawa Kurier Warszawski

Ku naszemu żalowi, niemożliwe stało się. Zamknęli Corso przy placu Zbawiciela. Knajpę-legendę, istniejącą w tym miejscu od przełomu lat 50. i 60. Wtedy jeszcze nosiła nazwę Sandwich. Była to typowa peerelowska garkuchnia z wyszynkiem piwa. Na specjalnej ladzie, w metalowych pojemnikach zanurzonych we wrzącej wodzie tkwiły kartofle, warzywa i kotlety.



W latach 70., kiedy przyszło „nowe” epoki gierkowskiej, państwowy lokal puszczono w tzw. ajencję. Wówczas zmienił nazwę na Corso. Dość powiedzieć, że było to pierwsze miejsce w Warszawie, gdzie serwowano „prawdziwe” spaghetti bolognese.
Po upadku PRL-u knajpa przeszła w prywatne ręce. Działo się… Część lokalu, od ul. Marszałkowskiej, wydzielono na lodziarnię. Druga sala z wejściem bezpośrednio od placu Zbawiciela stała się regularną restauracją oferującą dobre jedzenie, alkohole wszelkiego gatunku, wiele rodzajów piwa i wspaniały nastrój. Atmosferę tworzyli stali bywalcy. Chociaż nie do końca tak. Corso miało swoją dziwaczną specyfikę, prowadziło ją bowiem dwóch współwłaścicieli (a raczej czworo, bo były to dwie pary), którzy wymieniali się co dwa tygodnie. Śmieszne to było, bo co czternaście dni robiono spis z natury, czyli pełen remanent. Nie ma co ukrywać – my stali bywalcy Corso, gdzie niejeden wydrukowany numer „Kuriera Warszawskiego” oblewaliśmy pod hasłem „numer wyśmienity musi być opity”, nie lubiliśmy jednej ze zmian. I nie chadzaliśmy tam, kiedy Corso przez połowę miesiąca rządził pewien mało sympatyczny były „gwiazdor” peerelowskiej tiwi. Szczęśliwie kilka lat temu ów pan (nomina odiosa sunt) odsprzedał swoje udziały w interesie i już nie byliśmy narażeni na jego obecność.Informacje warszawa
Wracając do rzeczy. Corso to prawdziwa historia prawdziwego miasta. Lokal, gdzie bywali i ci wielcy, i ci maluczcy. Sąsiedztwo jednego z najwspanialszych teatrów stolicy, czyli Współczesnego, sprawiało że stałymi gośćmi były tu takie postaci jak Bronisław Pawlik (wpadający na setkę), Zbigniew Zapasiewicz (zawsze kawka i koniaczek), czy Romek Kłosowski, który niegdyś tu pijał, a ostatnimi czasy przychodził na obiady. Nie sposób zapomnieć o bardzie Warszawy Marku Nowakowskim, który w Corso miał grono przyjaciół różnych profesji – żeglarza Ziutka, autobusiarza Pomidora… My zaś przyjaźniliśmy się z osobą nadającą Corso szczególnego koloru. Nieodżałowana Kasia Ważykówna, zasuszona dama o ognistorudych włosach, z nieodłącznym goldenem przy ustach i szklaneczką whisky w chwiejnej dłoni… Była Kasia (córka znanego poety Adama Ważyka) wspaniałą malarką. Specjalizowała się w bajecznych pejzażach zatłoczonych postaciami przywodzących na myśl uczestników balu u Arlekina. Zresztą, wystarczy spojrzeć na ilustrację poniżej – prezent dla nas. Niemal równo rok przed zamknięciem Corso Kasia odeszła. My, starzy bywalcy Corso, żegnaliśmy ją tłumnie na Wojskowych Powązkach.
Szkoda, że na karty historii przeszła już knajpa będąca – mimo swojego trącącego myszką warszawskiego „sznytu” – nieodłącznym fragmentem dzisiaj hipsterskiego Zbawixa. Knajpa, gdzie za barem królował najlepszy barman w Warszawie – Ryszard z asystującą mu Eweliną oraz jego zmienniczka Justyna. A kiedyś także Zbyszek… Zaś z drugiej strony baru rej wodzili Antek, Jarek, Czesio, Ziutek, Piotrek, Janusz, Krzysiek…
Szkoda…Paweł Ludwicki

PS. Jest już nowe Corso. Na Elektoralnej opodal Hali Mirowskiej. Z tą samą doskonałą kuchnią. I równie dobrymi trunkami. Czy przejmie tradycje tego z Marszałkowskiej? Czas pokaże.

 

Pełna wersja tego i pozostałych artykułów dostępna jest w papierowym wydaniu Kuriera Warszawskiego nr 1-2 (55)/2017.

Wiadomości i informacje z Warszawy http://kurier-warszawski.pl