Niektóre miasta smakuje się jak dobrą opowieść.
Nie należy się śpieszyć. Nie w tym rzecz, by jak najszybciej dobrnąć do ostatniej strony, ustalić sensy, poznać tajemnice, skonsumować wątpliwą puentę. Czytanie to zatrata. Zanurzamy się w opowieść. Opowieść przepływa przez nas. Jesteśmy opowieścią. Urok rzucony
– odpływamy poza czas, odpływamy poza siebie.
Opowieść powoli przenika świadomość
i już tam pozostaje. .



Niebezpieczny pod tym względem jest Budapeszt. Zniewala tego, kto raz odda się lekturze. Osiągnie spełnienie, kto potrafi rozkoszować się pojedynczymi frazami, nie wyglądając niecierpliwie ku zakończeniu. Tyle może się wydarzyć między wielką literą a kropką. Dlatego nie ma reguły. Każdy musi czytać miasto na własną rękę. Iść, ile chce albo jest w stanie. Gubić się na szachownicy ulic i placów. Stracić dech w sierpniowym słońcu. Stanąć w mgiełce oddechu na mrozie. Przewodniki turystyczne tu na nic. Budapeszt sprzyja wagabundom – niepytającym o drogę, wolącym ufać własnym nogom. Czytelnik-snuj jest tego miasta idealnym odbiorcą.
Rozdział pierwszy: sen
Lubię zaczynać na dworcu kolejowym Keleti. Niewygody nocnej podróży tylko wzmagają oczekiwanie na pierwsze zdanie. Pozwalają krążyć myślami wokół obiektu rozkoszy, fantazjować o nim. Żadna podróż nie bierze przecież początku na peronie. Rodzi się w głowie, na długo przed postawieniem pierwszego kroku. Wyobraźnia zapładnia umysł. Owo rozmyślanie o podróży, zanim rozpocznie się ją samą, przynosi podobny rodzaj zmysłowej przyjemności, która towarzyszy obcowaniu z nową książką. Przesuwanie dłoni po grzbiecie okładki. Przebieganie oczami zdań ze „skrzydełek” i blurbów. Wdychanie zapachu farby drukarskiej. Nie chodzi o to, żeby spodziewać się czegoś szczególnego. Wręcz przeciwnie, dobrze zmierzać ku czemuś, czego nie potrafi się dokładnie określić. W pewnym sensie Budapeszt to zaledwie nazwa widniejąca na laminowanym planie albo tablicy wiszącej nad peronami. Tyleż ogólnikowa, co wszystko mówiąca. Wydana na pastwę gry skojarzeń. Łatwych i powierzchownych. Dopiero przeżywane w prywatnym akcie lektury, miasto staje się sumą wszystkich możliwości.
Długa jazda nocnym pociągiem ma w sobie coś nierzeczywistego. To doświadczenie z pogranicza jawy i snu. Nie wiadomo co się zdarzyło naprawdę, co jest jedynie rojeniem znużonych neuronów. Stukot kół, półmrok w przedziale, nieznośna miękkość pluszu na obiciach foteli sprzyjają roztargnieniu. Duch co rusz opuszcza ciało. Twarze wydobywają się z niebytu, za chwilę znikają, rozpływają się. Głosy nakładają się na siebie. Języki mieszają. Niemcy, Czesi, Słowacy, Węgrzy… Polifonia obcych słów: dalekich, dziwnych, na swój sposób egzotycznych. Ot, wagonowy oniryzm. Wreszcie świt. Ciemność rozproszona. Za granicą szyb, jakby znikąd, pejzaż majestatyczny, nie do końca realny, wchłaniający tego, kto patrzy – Dunaj. I ta rzeka, jej wstęga, niczym wstęga mety, znaczy jedno: jesteśmy u celu.
Ciężki skład powoli mości się między peronami. Powietrze stacji wnika w nozdrza. Czuć charakterystyczny zapach, nie do pomylenia z niczym innym. Zapach pociągów, wilgotnych drewnianych podkładów i kawy z dworcowych bufetów. Typowy poranek na Keleti. Jeśli dopiero przyjechaliśmy, mijamy tych, którzy właśnie wracają. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia. Dzielimy słodki sekret. Jedni głodni opowieści, drudzy syci. Rozlega się turkot walizek. Zawiadowca ogłasza odjazdy. Bratysława, Praga, Berlin, Warszawa… Słychać konduktorskie gwizdki. Tak pachnie i brzmi obietnica. …

Pełna wersja tego i pozostałych artykułów dostępna jest w papierowym wydaniu Kuriera Warszawskiego nr 1 (58)/2018.

Wiadomości i informacje z Warszawy http://kurier-warszawski.pl