Na stronach Fundacji im XBW Ignacego Krasickiego (zobacz TU) ukazał się obszerny tekst Lecha Królikowskiego o tym, czy PKiN jest zabytkiem narodowym, czy też symbolem zniewolenia. Już samo zestawienie tak krańcowo różnych pojęć od razu musi rzutować na dalszą jego treść. Taką, której niestety się spodziewałem.

Znam Autora od kilku dekad. Przez wiele lat blisko współpracowaliśmy. Publikował w naszym magazynie „Kurier Warszawski” swoje teksty traktujące – oczywiście – o naszym mieście. Ponadto wydawaliśmy jego książki w również naszym Wydawnictwie Warszawskim. Mówiąc kolokwialnie, „znaliśmy się jak łyse konie”. Wiem jakie poglądy ma Lechu. Wiem, co wielokrotnie podkreślała osoba z jego najbliższego otoczenia, że od lat stał w swoistym rozkroku. Z jednej bowiem strony był autentycznie zafascynowany Rosją, jej kulturą i Rosjanami. Z drugiej zaś strony był (i jak się okazuje jest nadal) rusofobem. Tak to czasami bywa.

Teraz, stojąc „na drugiej nodze”, dał wyraz własnym odczuciom względem Pałacu. Oczywiście, ze swego rusofobicznego punktu widzenia. I przeprowadził analizę, niestety jednostronną, nie do końca uczciwą, ani też prawdziwą.

Zatem po kolei. No, pomijając „wybuchowy” początek jego narracji, do którego ustosunkuję się na końcu polemiki. Twierdzi Królikowski, że ci którzy są „za Pałacem”, to ludzie, którzy „Tam chodzili na zajęcia do Pałacu Młodzieży; tam umawiali się na randki. Po prostu – wyrośli w cieniu Pałacu. To symbol ich młodości. Jego pochodzenie i symbolika mało kogo interesują, a przecież dotyczy to stolicy Najjaśniejszej Rzeczypospolitej.” Kończy wzniośle ten passus. Nie jest to prawdziwe. Na przykład moje wnuki (mają po 13 lat) są nie tylko zauroczone nim, ale także świetnie znają historię i okoliczności jego powstania. I jego bujną przecież historię. Co prawda w odniesieniu do Polski nie używają określenia „Najjaśniejszej”, bo znając historię swojego kraju wiedzą, że taką znów najjaśniejszą to nie zawsze bywała.

Dobrze, że dalszej części swoich wynurzeń Królikowski zauważa (słusznie resztą), że każde wielkie mocarstwo starało się, jak autor określa, pozostawić swój stempel w krainach, gdzie byli, są… OK. Ale jego zdaniem, w sposób szczególnie perfidny znaczyli teren Rosjanie, bo robili to albo za pomocą cerkwi, albo iglic z gwiazdą na szczycie. Sorry, PKiN gwiazdy NIGDY nie miał, ale to przecież drobiazg…

Dalej jest równie humorystycznie. Złą rzeczą jest, że obiekt, którego „część „kubaturowa” zajmuje jedynie połowę wysokości, cały jest wpisany do rejestru zabytków. I to „coś” zatem ma z mocy prawa możliwość korzystania z pomocy finansowej państwa na równi z Wawelem, Jasną Górą i Wilanowem. Zgroza!

A jak do tego ma się np. chałupina księdza Brzózki, która walorów architektonicznych nie ma żadnych… A o dofinansowanie również może się ubiegać? Albo więcej. Co powiedzieć o budynku Marka Leykama (znamienitego wszak architekta) przy ul. św. Barbary, w którym mieściła się Centrala Biura Studiów i Projektów Budownictwa Przemysłowego oraz Biuro Prezydium Rządu (o zgrozo! tego komuszego rządu!). I więcej: jest to obiekt architektoniczny niebywały, bo cały jego środek jest… PUSTY. Pokoje biurowe są jedynie tylko na okalających tę dziurę galeriach. Czyli „kubaturowo” zapewne jest jeszcze gorszy od PKiN-u! A jako że wpisany jest do rejestru zabytków, to również może „rywalizować” o kasę ze wspomnianymi Wawelem, Wilanowem… O Jasnej Górze nie wspominając.

Kontynuując. Historia „knopki”, czyli niklowanego przycisku w ścianie. Barwnie przez autora opowiedziana, jak ta „ruska technika” przy pomocy owej „knopki” chowała w WC ukryte za ścianą tradycyjne spłuczki. Pierwszy raz opowiedział mi o tym kolega, coś w okolicach połowy lat 70. Zeszłego stulecia. Powaga. I kiedy teraz ja z kolei opowiedziałem o tym odkryciu Królikowskiego mojemu innemu koledze, ten wybuchnął śmiechem. – Słuchaj – powiedział mi. – Wiele lat temu w Stanach, dokładnie w Chicago, byłem na saksach. Zdarzyło mi się pracować w wysokiej klasy hotelu. Takim z połowy XX wieku. Pracowałem jak siła sprzątająca. A tam w kiblu, wyobraź sobie, nad sedesem, w ścianie jest niklowany button. Czyli przycisk, taki jak ta ruska „knopka”. A za ścianą ciut inne niż nasze, ale zwyczajne rezerwuary. Tak wtedy budowano. Było to bezpieczne, łatwo naprawialane etc.

Podobnie ma się rzecz z panującą przez dziesiątki lat architektoniczną manierą budowania w stylu „wieża z iglicą”. Niezbitym tego – poza licznymi przykładami światowymi – dowodem jest zdjęcie z wystawy w Muzeum Narodowym w 1936 roku, na którym jak byk widnieje coś bardzo, ale to bardzo przypominające PKiN. A była to makieta Wieży Niepodległości! Czyli co, Stefan Starzyński był protoplastą dzisiejszych „ruskich onuc”? Nie żartujmy.

Autorowi umknęło za to parę innych, tak radośnie wyśmiewanych przez niego przykładów pt. „Vot sovietskaja tiechnika!”. Po pierwsze tego, że był to jedyny w tym czasie, i wiele długich lat późniejszych, klimatyzowany budynek w Warszawie. Tak, tak. Jeszcze na początku lat 70, pisał publicysta „Polityki”, że jak jest upał nieznośny to pędził do Pałacu Kultury. Do kina. Bo tam była klimatyzacja. I było czym oddychać. A, tak do wiadomości PT Czytelników. Fontanny wokół PKiN-u były nie tylko dla ozdoby i ochłody. Były częścią pałacowego systemy klimatyzacji. Stąd, bywało (o czym prasa się nie raz rozpisywała), że nawet w listopadzie były one czynne.

Pominął autor, że ów „sowiecki stempel” miał nowoczesne (na owe czasy) szybkościowe windy, jakich nigdzie indziej w Polsce nie było. Zapomniał dodać, że mają ciągle jeszcze w tym „stemplu” swoje siedziby teatry, Pałac Młodzieży, wspaniały basen pływacki, na którym pobierało nauki kilka pokoleń Warszawiaków. I nadal pobiera. Nie wspomniał o Muzeum Techniki, które również rezyduje w Pałacu. A – co ciekawe – w Radzie Muzeum… zasiada dr hab. Lech Królikowski. I nie jest to zbieżność nazwisk.

Podobnie się ma rzecz z Polską Akademią Nauk, której długoletnim pracownikiem był Autor i w której uzyskał swój tytuł doktorski, a ma ona część swoich wydziałów w tymże „stemplu”. I chyba z tego powodu Autor stoi na stanowisku, że jak już jest, to niech sobie będzie. Ale należy go wypisać z Rejestru Zabytków. Bo… no mu się nie podoba i już. I najlepiej by było jakby się rozpadła i zniknął. Sam z siebie. A to, że jest to najwybitniejszy zabytek socrealizmu na zachód od Bugu, nie ma dla niego żadnego znaczenia. Dodam: dla historyka i varsavianisty, który powinien zdawać sobie sprawę, że HISTORII nie da się na stałe ocenzurować. I gdyby tak kombinowali np. antysemici – to rozbierali by (oczywiście poprzez brak konserwacji i napraw) synagogę Nożyków. Germanofobi wyburzali by się na (oczywiście poprzez brak konserwacji i napraw) Malbork, Halę Stulecia, itd. itd. itd.

Na zakończenie powrócę do początku wywodu Królikowskiego. Tego odnośnie wyburzenia Pałacu. Wspominanie, że jakiś jeden z zastępców osławionego Macierewicza coś tam gadał o wysadzaniu PKiN-u w powietrze… Dodawanie do tego wypowiedzi Radka Sikorskiego naśladującej Katona, zwanego Cenzorem, wzywającego do zniszczenia Kartaginy…

Temu ostatniemu to się nawet nie dziwię. Wszak to jego współtowarzysze broni – Talibowie w 2001 roku, nie bacząc na sprzeciw całego cywilizowanego świata, wysadzili w powietrze zabytek sprzed 1500 lat – Buddę z Baniaminu. Można? Widać można. Bo tego prowadzą wszelkie objawy rasizmu, którymi są i antysemityzm, i rusofobia, i te wszelkie inne „tyzmy/fobie” religijne…

Paweł Ludwicki

PS Lechu, oburzasz się, że Francuzi, pisząc o Warszawie, ilustrują teksty fotografią Pałacu Kultury i Nauki. A czemuż się dziwisz? Wszak jest on IKONĄ naszego miasta. Czy to Ci się podoba, czy nie. Zresztą jest to jedyny chyba element, którym wyróżnia się nasze miasto. Wszak, jak wspomniałem, jest to najwspanialszy przykład socrealizmu na zachód od Bugu. Przykład, jakiego nie znajdziesz nigdzie indziej w Zachodniej Europie.