Nieduża restauracja przy al. Stanów Zjednoczonych 32. Prowadzą ją od trzech lat Jijesh i Ewa, hindusko-polskie małżeństwo.
Ona, absolwentka indologii na UW, stypendystka po trzecim roku hinduskiego tańca klasycznego w Indiach, uwielbia kulturę
i architekturę tego kraju. On, inżynier z południa, pochodzi
z Kerali. Pod egzotycznym niebem pokochali się i razem
zamieszkali w Polsce, by kilka lat później otworzyć
na Pradze Południe swój wymarzony biznes.



kalyan restauracja przy al. Stanów Zjednoczonych

Kalyan oznacza „coś pomyślnego” i, Drodzy Smakosze, dokładnie tak jest. Kubki smakowe wariują. Kucharz, z pochodzenia Nepalczyk, wie co robi i nie marnuje nad garnkiem czasu.
W tym miejscu długo nic nie mogło się utrzymać. Marny dojazd i brak parkingu, bardziej bolesny niż nikła tradycja lokalnych bistro w okolicy. Pizza Modena padła akurat wtedy, gdy pizzer nauczył się robić dobre ciasto. Zastąpiła ją całkiem przyjemna kuchnia domowa, ale wiadomo – domową  mamy w domu. Potem był koszmar: restauracja z karaoke. Śpiewać każdy może, szkoda że wokalne popisy lokalnych niesław brzmiały poniekąd makabrycznie. Kolejną „zmianę dekoracji” powitaliśmy z ulgą, choć bez większych nadziei. Bo Kalyan miała być kuchnią indyjską. A ta, w przeciwieństwie do meksykańskiej, jakoś nigdy specjalnie nam nie leżała. Mieszkając ledwie dwa piętra wyżej, węsząc z balkonu apetyczne aromaty, ze zwykłego lęku i uprzedzenia straciliśmy dwa lata świetnych smaków…
Zaczęło się towarzysko, nad kufelkiem, bo sąsiedzi z całego bloku to miejsce pokochali (prócz nich ściąga tu licznie klientela z różnych stron Warszawy, w tym osoby całkiem znane, ale sza!). Potem – przy piwie jeść się chce – więc tradycyjne chrupkie chlebki na przegryzkę, nieśmiało daal z soczewicy i baranina w sosie z orzechów nerkowca, zachwalana przy sąsiednim stole (stali bywalcy, a jest ich sporo, nałogowo raczą się tym daniem). Na koniec, gdy już się ośmieliliśmy, poszło na ostro, w sensie dosłownym. Po baraninie w pikantnym sosie można nie obawiać się podejrzeń o „niewyparzoną gębę”, ogniem zionie się jak Smok Wawelski, ale pysznie jest. Porównując ją do równie palącej kuchni meksykańskiej, musimy stwierdzić, że obie wprost zapierają dech, choć smak oczywiście jest różny. To dzięki curry, do której to nazwy wrócimy za chwilkę, bo była to niespodzianka i iście przewrót światopoglądowy… Dzieciaki zajadają się udkami kurczaka w grubej puszystej panierce, albo wcinają serowe kulki i popijają je słodkim banana lassi. Parę wizyt i wpadliśmy w Kalyan po uszy, zwłaszcza że ceny są całkiem umiarkowane, a porcje obfite i smaczne. Jijesh szacuje, że gdy w podobnych restauracjach w Warszawie obiad dla dwojga kosztuje średnio 100 zł, u niego można zjeść za 60–70.  Szczerze mówiąc, można nasycić się nawet za 18 zł, zamawiając jedno główne danie, oparte na baraninie, kurczaku i ryżu, z przyprawami. To oferta dla kogoś, kto nie zna i trochę obawia się tajemniczych nazw z karty, ale chce pokosztować różnych smaków.
Jijesh i Ewa kładą nacisk na jakość, zależy im, żeby gość do nich powrócił. Najważniejsza nie jest ilość potraw w menu, ale ich jakość i świeżość. To dlatego – mówi Jijesh − w menu jest mało ryb. Niestety, te nasze, z wyjątkiem łososia, nie przypadły mu do gustu. Nie ten smak. W przyszłości chciałby wprowadzić do menu te sprowadzane z Oceanu Indyjskiego, ale …

 Pełna wersja tego i pozostałych artykułów dostępna jest w papierowym wydaniu Kuriera Warszawskiego nr 4 (54)/201

Wiadomości i informacje z Warszawy http://kurier-warszawski.pl