Na Czerniakowskiej, Górnej i na Woli…

Dopiero niedawno ukazała się pierwsza, tak kompleksowa biografia legendarnego barda Warszawy. Choć o samym Stanisławie Grzesiuku wiemy całkiem sporo z jego trzech książek autobiograficznych, dopiero teraz mamy okazję dowiedzieć się wielu nieznanych szczegółów z jego życia naznaczonego wieloma cierpieniami, których nie poskąpił mu los.



To zapewne nie przypadek, że biografia barda stolicy autorstwa Bartosza Janiszewskiego, „Grzesiuk. Król życia” (wyd. Prószyński i spółka) zawiera w tytule „życie”, podobnie, jak ostatnia książka Grzesiuka („Na marginesie życia”). On sam poznał je od podszewki, zwłaszcza od jego smutnej strony. Urodzony w 1918 roku, młodość spędził na ówczesnych czerniakowskich bieda-przedmieściach stolicy. Przez większą część okupacji (opisanej w głośnym, wielokrotnie wznawianym tomie „Pięć lat kacetu”) przebywał w niemieckich obozach zagłady (Gusen i Mauthausen), gdzie – wskutek tragicznych warunków – nabawił się gruźlicy. Zaś ostatni, powojenny już, okres swego życia spędził głównie w sanatoriach przeciwgruźliczych. Zmarł w 1963 roku w wieku zaledwie 45 lat.
Umierać na rozkaz
nie miałem chęci
W przeddzień śmierci poprosił odwiedzających go w warszawskim szpitalu przy ul. Płockiej (obecnym Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc) kolegów, by za niego dokończyli śpiewanie (i granie na bandżoli) jego sztandarowych hitów: „Ballady o Felku Zdankiewiczu”, „Piekutoszczaka”, „Balu na Gnojnej”, „Syna ulicy” i „Czarnej Mańki”. Sam już bowiem nie miał na to siły. Z biografii Grzesiuka dowiadujemy się dalej, że na zakończenie poprosił, by zaśpiewali „Komu dzwonią”:
„Komu dzwonią, temu dzwonią/ Mnie nie dzwoni żaden dzwon,/ Mnie nie dzwoni żaden dzwon,/ Bo takiemu pijakowi/ Jakie życie taki zgon, zgon, zgon, ta-ra-ra/. Chwilę śpiewa z nimi. Pod nosem, cicho, właściwie bezgłośnie. Najpierw patrzą na niego niepewnie. Nie gra się przecież takich piosenek ludziom, którzy umierają. Stasiek zachęca ich ręką, żeby zaśpiewali głośniej. (…) Umierać na rozkaz nie miałem chęci – powtarzał Grzesiuk, opowiadając o obozie koncentracyjnym. Lubi to zdanie, zaczął nim swoją ostatnią książkę [„Na marginesie życia” – przyp. MP]”. Przyjacielowi, który został z nim tego dnia w szpitalu zwierzył się na koniec: „Żyć na rozkaz też jakoś nie mam chęci”.
Dziwki, wódka
i gramofon
„Król życia”, choć – paradoksalnie – zaczyna się przytoczoną sceną umierania Grzesiuka, nie jest jednak opowieścią o jego tragicznym końcu. To przede wszystkim opowieść o jego barwnym życiu „na przekór”. Książka, oparta w dużej mierze na wspomnieniach znajomych i przyjaciół Grzesiuka, a także na jego nieznanych i nigdzie nie publikowanych tekstach, przytacza dziesiątki anegdot z życia barda stolicy, świadczące o jego wrodzonym optymizmie i poczuciu humoru. Potwierdzają to już zresztą dość dokładnie przezeń relacjonowane w „Na marginesie życia” jego utarczki z personelem kolejnych sanatoriów przeciwgruźliczych, zabraniającym pacjentom wszelkich uciech życia.
Oto fragment jego rozmowy, przytoczonej w biografii: „− Jaki jest wasz stosunek do tematu: kobiety, wino i śpiew? – zapytał. – Po warszawsku to się mówi: dziwki, wódka i gramofon − odpowiedziałem. − A mój stosunek do nich jest szaleńczy, namiętny i bardzo otwarty”. …

Pełna wersja tego i pozostałych artykułów dostępna jest w papierowym wydaniu Kuriera Warszawskiego nr 1 (58)/2018.

Wiadomości i informacje z Warszawy http://kurier-warszawski.pl